16 April, 2010 odsłon: 1,216 2 wypowiedzi
Po co jest termin “użyteczność”
To 150-ty post na tym blogu. On będzie długi.
Czy poprzednie dwa zdania są zrozumiałe? Czy są użyteczne? A co to jest użyteczność “zdań”? Pewnie źle dobrane określenie, które miało oznaczać “informacyjność”? W tym wpisie nie będzie nic o zwiększaniu użyteczności. Wystarczy, że wymyślę stwierdzenie, że mężczyźni z małym usability nie są lubiani przez dziewczyny, a ci co mają wyższe — jak najbardziej! Ale tu porozmawiam wyłącznie o pojęciu “użyteczność”.
Czytając blogi (mniej lub bardziej) sprzedające swoich autorów jako konsultantów, można zauważyć tendencję, szczególnie w komentarzach, do nierozumienia terminu lub niechcenia go zrozumieć i przyznać mu rację na samodzielne istnienie, bez żadnych upiększeń, lecz zwyczajnie “użyteczność”. Specjalne pojęcia powstają nie od tak sobie, lecz z powodu nie wystarczalności starych. Użyteczność zawdzięcza narodziny temu powodu, że nie istnieje inny termin dla uniwersalnego opisu pożądanych właściwości interfejsu.
Na przykład wiadomo, że interfejs powinien być dobry. Ale jaki to jest “dobry interfejs”? Co powinien w sobie mieć? Jasne, że ta “dobroć” interfejsu nie może być określana za pomocą zdań typu “zrobiliśmy fajny interfejs, jest na prawdę dobry”, czy też “do bycia dobrym brakuje mu jakiejś fajności” (cyt. klienta). Just fine. Inny przykład to ergonomiczność interfejsu. Czy wystarczy ergonomii i wynikających z niej skutków, aby opracować dobry interfejs? Wątpię, gdyż ergonomia to przestrzeń działań a nie jej wynik. Twierdzić, że “dobry interfejs to ergonomiczny interfejs” można, ale te sformułowanie nie wiele różni się od “dobre masło jest maślane” albo “narodowa kuchnia jest zarówno narodowa jak i ‘kuchenna’? ” Nie, coś tu nie gra. Wracam do pierwszego przykładu. Nota bene, jeżeli rozumieć specjalistę użyteczność jako człowieka, który specjalizuje się w tym, aby zwiększać użyteczność, to rzeczywiście nie ma żadnej różnicy pomiędzy tym specjalistą i ergonomistą. Ogólnie mówiąc, użyteczność i ergonomię nie ma co dzielić, gdyż użyteczność jest skutkiem i osiągnięciem dziedziny czynników ludzkich (ang. human factors) jak to się zwie w Stanach na ergonomię). To jedna z przyczyn, dla której wg mnie termin “specjalista użyteczności” jest osobą, która specjalizuje się w mierzeniu, w testach usability. Z kolei dla specjalisty mianującym się ergonomistą zwiększanie poprzedniej idealnie pasuje. Każde pojęcie, aby być zdolne do “pracy” powinny cechować jakieś własności:
- Uniwersalność, czyli odpowiednie do użycia w charakterystykach interfejsu.
- Definiowalność i fiksacja. Przy czym ktoś musi je zdefiniować i “zmierzyć”. Szczególnie ten KTOŚ musi być wystarczająco znany, bezsprzeczny, wpływowy i równocześnie zapewnić odpowiedni marketing dla tego terminu w branży.
- Nie może samo się definiować.
Zgodnie z ISO (chociaż trochę dużo ich wspomnień użyteczności w różnych zestawach ISO — ISO 9241, ISO 11581, ISO 9126, ISO 13407 ‚ ISO/IEC 25012:2008…) użyteczność spełnia te wymogi. Ba, co więcej inni też starają się być blisko tym wymogom (Pearrow, Radosevich, Redish) czy przyczyniają się do zdań, definicja powstałą dzięki nim (Schakel, Nielsen, Schneidermann, Lewis, Davis). Nie mogę się zgodzić w 100%, że definicja ISO mi odpowiada, w sumie pojęcie też nie specjalnie (do tej pory nie jestem pewien czy usability=użytecznosć, ale może to problem typu “czy house, to dom?”), ale lepszego nic nie ma. Jestem ogólnie wdzięczny, że ktoś wziął na siebie ciężar definiowania i w ogóle wymyślenia tego sformułowania. Użyteczność to tylko słowo, które potrafi wpływać na rzeczywistość i jej postrzeganie, zarobki, prace, badania naukowe, w końcu jest magiczne… Ale jest ale. Czar pryska, gdy czytając kolejne książki czy artykuły naukowe w każdym z nich na początku jest przypomnienie lub wręcz wskazanie definicji, z której dany autor korzysta, rozumiejąc te słowo. Z kolei, jeżeli nie odnieść się przez przypadek do ISO, to będzie to nie specjalnie przyzwoite. Idąc dalej, śmiem stwierdzić, że termin użyteczność nie musi być znany wszystkich użytkownikom, klientom a my(specjaliści) nie możemy, że jest znany. Jak ktoś studiuje chemię, to musi uczyć się Tablicy Mendelejewa, przyszli lekarze studiują specjalne nazwy wszystkich kości (ponad 200 nazw! i nie wiadomo ile jeszcze mięśni i ścięgien). Jak nie rozumiem jakiego specyficznego ich branży słowa, to nie obrażam się, nie mam prawa być kompetentnym w nieswojej dziedzinie. A najważniejsze, że nie obrażam się na tych lekarzy, że nawymyślali tyle nazw. Zatem pojęcie “użyteczność” należy się odpowiednim profesjonalistom. Po pierwsze, aby normalnie sprzedawać — dla zamawiającego potrzeba czegoś stabilnego, nie zmieniającego się w czasie od momentu podpisania umowy do rozliczenia. Po drugie, aby rozmawiać w gronie tychże specjalistów. Po trzecie — dla szybkości działania. Nie wiedza cudzej terminologii nie jest grzechem, dopóki się jej nie użyje. Osobiście wiem, że istnieje w nomenklaturze serwisowej samochodów coś takiego jak wahacz, tuleja, sworzeń, przegub, drążek etc. Wiem jak to wygląda, nie zawsze do końca wiem jak to działa (ale się staram). Na wizytach serwisowych staram się obserwować i uczestniczyć biernie w naprawach, podpytując dyskretnie i starając się nie wywołać dwuznacznego uśmiechu na twarzy mechanika
W momencie, gdyż pojawia się pewność, odwaga i wiedza — zaczynam dyskutować. Szkoda, że w różnych autach bywa różnie, i trzeba czasem na nowo pewnych przyczyn usterek się uczyć
Ale z interfejsami jest podobnie. Jeżeli klient wcześniej poznał użyteczność serwisu informacyjnego, to niestety, ale przy serwisie sprzedażowym będzie ona miała inne uzasadnienia, przyczyny i skutki. Podsumowując ten 150-ty wpis, mam pewność, że pojęcie “użyteczność” z czasem będzie dalej ewaluować i będzie bardziej precyzyjne, pełne i określone. Właściwie ten proces trwa, spece z ISO dodają aspekty “bezpieczeństwa” do terminu, i zamiast zawężać — rozszerzają znaczenie
A może właśnie tak trzeba ?

Ostatnie komentarze